To przerażające, ale jednocześnie piękne, jak bardzo mój stan życiowy zalezy od innych ludzi. Daje to nadzieję, że nie jestem odludkiem, nie jestem swoim własnym mikrożyciem, skazanym tylko na siebie. Niesie to za sobą oczywiste konsekwencje - drugi człowiek daje szczęście, ale w zamian oczekuje dzielenia z nim jego trosk. Bycie obok drugiego człowieka na dobre i na złe okazuje się nie tylko telepapką, ale jest chyba sensem bycia.
Naszły mnie jakieś patetyczne, bzdurne myśli.
Czuję się dziś wstrętnie, czuję się odrażająca, ale co mnie to gówno obchodzi, jeśli jest Ktoś, kto mnie kocha.
I jeśli jest jeszcze Ktoś, kto z jakiegoś miejsca, lepszego niż Ziemia, trzyma za nas kciuki.
Nowe całuje jak nikt i przytula, jak nikt nigdy. Oszaleliśmy.
Ludzie pukają się w czoła. Mamy to w dupie. Czasem chce mi sie płakać, bo uświadamiam sobie, że nikt wcześniej nie cieszył się z tego, że mnie ma, ze mnie, z bycia ze mną, tak bardzo. Że Ktoś może pokochać mnie, a nie swoje wyobrażenie na mój temat. Czasem nie mogę się temu wszystkiemu nadziwić i wtedy nic nie mówię, tylko się uśmiecham. Na prawdę się uśmiecham. Nie pamiętałam jak to jest. Albo raczej nigdy nie wiedziałam jak bardzo skóra drugiego człowieka może pachnieć miłością.
Chcę, żeby moja też tak zapachniała.
Mam wszystko nowe, tylko ułomności mam stare.Ale pokochane przez Kogoś nie rzucają się tak bardzom w oczy.
Obudź mnie.
Cofnięcie czasu nie wchodzi w grę. Sprawdziłam. Nie wiedziałam dokąd pójść. Dlatego usiadłam i płakałam. Nim znów podniosłam głowę, minął rok. Wstrętny rok, całoroczna zima, umysłowa wieczna zmarzlina. Zamroziłam wszystkie członki i układy przypisywane organizmowi ludzkiemu, za jaki mnie uznano. Nie owijajmy kota w bawełnę - to, co odpierdoliłam obraża chyba cały rodzaj ludzki.
Żeby zostawić to już za sobą, czynię niniejszym dowód pisemny w postaci tych słów, choć moje słowo dane samej sobie, mniej jest warte niż gówno psie, perfumowane piątką Chanel.
Idzie nowe. Więc chodź ze mną. Ręce mi się trzęsą, głos drży, flaki ściśnięte, zawiązane na kokardkę. Bosymi stópkami tuptam po śniegu w nowe. Nie wiem co to nowe, nie wiem jak smakuje, jak pachnie. Moją najmocniejszą stroną jest poddawanie się, więc poddaję się temu, co przede mną. I pierwszy raz od tego dnia, kiedy usłyszałam "usiąć, muszę ci cos powiedzieć", zasypiając uśmiecham się. Boję się jeszcze tego uśmiechu, nie pamiętam jak to jest, nie wiem, nie powiem Pani, nie znam się, nie było mnie przy tym. Ale usmiecham się i wiem, że idzie nowe.
Jeśli nowe zrobi mi krzywdę, napluję mu w twarz.
On nadal nie żyje.
Bardziej za Nim tęsknię niż Go kochałam.
I to jest najbardziej przerażające.
Jest mi strasznie zimno, mimo czerwca, mimo lata. Prawie skończyłam studia, wyprowadziłam się z mojego W-Ostatniej-Chwili-Pokochanego-Miasta i nie wiem co dalej.
Jestem przerażona. W ruchu ciągłym, jednostajnym pierdolę sobie życie. Choć może nawet tego już mi się nie chce robić, więc ono pierdoli się samo. Nikt tego nie widzi. Ograniczam się do wdechu, wydechu i innych czynności życiowych, uznawanych za podstawowe. Wiadomo - jedzenie, alkohol, seks, spanie, malowanie paznokci. Coś jest ze mną nie tak, wiem to na pewno. Każdy spec od zrytych łbów nazwałby to chorobą na D, ale zgodnie z zasadą z dzieciństwa, wydaje mi się, że kiedy zamknę oczy, to potwór mnie nie widzi. I właśnie tak zamykam oczy przed wszystkim, myślę sobie wtedy, że mogę tak trwać w stagnacji, bo przecież mnie nie ma, nie widać mnie, nie istnieje dla ludzi i dla spraw. Ile jeszcze?
skomentuj (0)
Ona przychodzi chytrze,
Bez ostrzeżeń i gróźb,
Krzyczy pękniętą liną,
Kamieniem zerwanym spod stóp
Góry wysokie, co im z Wami walczyć karze?
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze.
Największa rzecz, swego strachu mur obalić,
Odpadnie stu, lecz następni pójdą dalej!
Jedenasty dzień bez Ciebie. Już nie dzwonię do Ciebie - wiem, że nigdy więcej nie odbierzesz. Wczoraj w górach szukałam odpowiedzi na Pytania Bez Odpowiedzi. Przełęcze i szczyty mówiły mi, że dają wolność. Tobie dały ją na zawsze. Wiem już, że nigdy się z tym nie pogodzę i nie znajdę odpowiedzi. Mówi się, że każda śmierć jest po coś. Twoja nie była. Była niepotrzebna, pozbawiona sensu i logiki. Przyszła jak złodziej, w nocy, kiedy nie mogłeś się bronić. Gdyby gospodarz wiedział, że złodziej do niego przyjdzie, ustawiłby barykady...Ty nie miałeś takiej szansy.
Tyle niewypowiedzianych słów, spraw odłożonych na później. I nagle dotykam Twoich zimnych rąk, włosów, oczu...i znikasz. Tak po prostu Cię nie ma, nie istniejesz, nie widniejesz w żadnej ewidencji. Jesteś wykasowany ze świata.
Nie wiem, czy kogoś, kto zdecydował o tym co się stało, to obchodzi, ale powtarzam mu co dzień, że go nienawidzę i nigdy nie powiem "tak musiało sie stać".
Wiem tylko, że gdyby ktoś pozwoliłby Ci wybrać śmierć, bez wahania wybrałbyś góry...
Od roku i dni dziewięciu jestem singlem. Albo sama. I nie potrzebny jest mi darmowy numer do wybranej osoby. To takie niemodne. I cierpię na bezsenność i kilka innych jeszcze przypadłości. Niech wszystko wokół zamilknie.
skomentuj (1)
1/4 roku spędzam w mieście, do którego serce mi się przykleiło. Pozostałą część roku zamieszkuję Cieshtown, gdzie czuję się u siebie, swojsko, dobrze i błogo. Pochodzę z miejsca, do którego nie ma po co wracać i nikt nie czeka. Nie lubię pytania "skąd jesteś?". Nie lubię pytać, na które nie znam odpowiedzi. Należy do nich jeszcze "kim jesteś", "jaka jesteś" i wszystkie te egzystencjalne bzdury. Ostatnie pół roku to rozwiązłość umysłowa. Można to rozumieć dwojako. Rozwiązły mam umysł, znaczy wolny, nieściśnięty moralizatorskimi klamrami, luźny, otwarty na to, co dla innych niedostępne. Rozwiązły, znaczy pogubiony, nieznajdujący, taki, który dociera do przestrzeni niebezpiecznych, złych, niepotrzebnych. Jednakowoż rozwiązłość kojarzy się w naszej kulturze jednoznacznie źle, prowadząc do strefy seksualności, ale nie takiej jak bozia nakazuje. Od razu zalatuje prostutucją, perwersją i wyssaniem (!) w uczuć. Jest wiele rzeczy, których nie rozumiem, a które do tej pory wydawały się oczywiste, dzięki normom, które przyjełam za swoje bez zastanowienia. Odrzucam je dziś, bo niby skąd się one wzięły, niby dlaczego je przyjęłam? Niby dlaczego "savoir vivre dla nastolatek", albo inny prezydent, czy ksiądz na religii mają prawo narzucenia mi swojego dobra/zła? Dlaczego X ma prawo wyrażenia się o Y, że jest dobry/zły, robie dobrze/źle? Wiem, idę nieco zbyt daleko i zbyt radykalnie.Ale tak właśnie teraz jest - po bandzie. Chociaż tatko powiedziałby - na krawędzi.
Chcę kogoś potrzymać za rękę. Z pewnością, że ta ręka jest trochę moja. Zdarza mi się trzymać rękę nie moją, cudzą, która nigdy nie będzie moja i nigdy nie zechcę, żeby taka się stała. Ale zdarza mi się. Wynika to z potrzeby chwili i hedonistycznego przyciągania, co właściwie nie wymaga tłumaczenia - jest oczywiste, że tak jest, dzieje się, ma miejsce na każdej szerokości geograficznej. Wtedy myślę sobie, że najłatwiej jest przyjąć, że hedonizm rządzi światem i jest dobry. Jeśli pojawia się jakiś dylemat moralny, wystarczy przyjąć odpowiedni klucz, punkt wyjścia do rozważań, a wszystko stanie się proste.
Każdy potrafi pierdolić głupoty.
Moje życie jest płaskie, płaskie, płaskie. Tylko moje oczy dostrzegają w nim kataklizmy. W głębi ducha boję się tylko dwu rzeczy: śmierci i bólu fizycznego. Ból zębów nie pozwolił mi spać, nie mógłbym powiedzieć tego samego o cierpieniach moralnych. Po tym odkryciu powinienem był popełnić samobójstwo, jest to jednak ostatnia rzecz, jaką zrobię.
- napisał Michel Leiris. Jestem Pierrotem. Absolutnie. Utożsamiam się z jego dużymi, czarnymi guzikami. Kościanymi. Kurwa.
Mam skłonności do myślenia. Jest to choroba nieuleczalna. Gdyby jednak kiedyś udało mi się od niej uwolnić, utopiłabym się w beztrosce, w codzienności i w ludziach. Sadziłabym kwiatki na balkonie, piekła cynamonowe ciasteczka i popijała wieczorami wino.
Czarne serce stawia tak wygórowane wymagania, że nawet ja sama ich nie spełniam.
Phi.
Nikt nie rozumie mojego nic-nierobienia. Nie wiem co to jest rzeczywistość społeczna, a jest to dla mnie problem ogólnie rzecz ujmując - palący, jeśli chcę nadal funkcjonować w tuiteraz. Mimo to, wykazuję znikomą aktywność. Nie wiadomo dlaczego. Nie wiadomo jak długo to potrwa. Czy od nic-nierobienia można umrzeć? Jestem king-brus-li i niczego się nie boję. Oprócz tego, że będę musiała coś zrobić.
Przeżywam ogólnie pojęty regres. Umysłowy - kiedyś wiedziałam dużo, dzisiaj już mniej; uczuciowy - kiedyś nawet myślałam, że kocham, dziś już mi się nie chce; fizyczny - kiedyś chciało mi się wstać na papierosa, dziś tylko otwieram okno; duchowy - kiedyś myślałam, że Bóg jest, dziś jest mi wszystko jedno.
Siedzę w piżamie i czekam, aż ktoś wejdzie przez zamknięte okno lub zamknięte drzwi i zrobi mi patologię na d czyli drenaż mózgu o ile jeszcze go mam. Chodzi mi też po głowie taki pomysł, że mogłabym uprawiać seks z kimś, kto napisałby za mnie pracę magisterską, schemat Gantta, nakręcił film o guziku, zrobił 8 konspektów i autorski program edukacji kulturalnej. Ale tylko jednorazowo.I przy zgaszonym świetle.
Ogólnie panujący rozpierdol. A w środę piłam kawę. Na dnie szklanki były draże, utopione w syropie orzechowym. Nic mnie bardziej ostatnio nie poruszyło. Niewiele zresztą rzeczy mnie ostatnio porusza, może dlatego, że Mam To W Dupie to moje imię z bierzmowania, albo komunii - nie pamiętam, albo raczej...mam to w dupie. Jest to moje ulubione sformułowanie, gdyż pasujące na każdą okazję, zrozumiałe przez wszystkich bez względu na grupę społeczną, z jakiej się wywodzą, kolor skóry, wyznanie i ulubiony kolor. I fonetycznie tak ładnie się prezentuje. A mój ulubiony kolor to chyba jest żółty. Albo czerwony.
Tyle miesięcy oczekiwania i jest. Słońce, wiosna, krokusy, plenerowe piwko. Wszystko jest :D Wszyscy mnie kochają i na mnie lecą, mam za dużo pieniędzy i wolnego czasu. Jestem piekna jak ze snu, dużo jem i dlatego chudnę, muzyka leci tylko najlepsza, z oszałamiającym pierdolnięciem (dużo wiosennego basu), a ja leżę na łące i popijam gruszkowe drinki z parasolkami. Do tego lody i pistacje. I obowiązkowo wisienka na samej górze. Czytam mądre książki i pisemka dla egzaltowanych dam, rozmyślam i snuje teorie, coś na wzór tych platońskich.
Tak na pewno kiedyś będzie...
A tym czasem - wiosna owszem, słońce jak najbardziej, ale ciuchów na wiosnę nie mam, kurtka się przeterminowała, buty straciły kolor intesywnego różu. Wszyscy na mnie lecą i nikt mnie kocha, mam dług u Byłego i nie mam czasu, żeby ogolić nogi. Znów kupiłam majonez i nie mogę już słuchać trzeszczenia w tych starych głośnikach. Czytam tylko to co mi karzą i w ogóle tego nie rozumiem, rozmyślam i snuje teorie, jakby to było, gdyby mnie nie było...
Idąc śladami pewnej znanej artystki pióra zamarzyłam, aby dziś rano obudzić się w Bullerbyn. Obudziłam się w tym co zawsze chlewie, pogórniczym, za oknem błoto pośniegowe, a moja osoba jakaś taka pożyciowa z zauważalną dezintegracją powłok cielesnych. Nic to, jednak, udaję, że tego nie widzę, ot, najzwyczajniej nie patrzę w lustro. M4, w którym jestem zameldowana ewidentnie Bullerbynem nie jest. Zastanawiam się, czy to mi sie bardziej śni, czy bardziej się dzieje. Chyba jednak się dzieje, przecież od 5 roku życia nie miewam koszmarów. Czekam na wielkie bum, jestem furiat oczekujący cudu, chciałabym na ten czas zamknąc oczy, ale chyba nie mam powiek, może to jednak sen, a może już nie życie?
skomentuj (0)Śpieszę donieść, że Były ma dziewczynę. I bynajmniej nie jestem nią ja. Napierw się ucieszyłam, potem popłakałam, potem znów ucieszyłam, a teraz nie wiem. No bo jak to?! On ma, a ja nie?!
skomentuj (2)
łoł. Dwie notki w miesiącu, to wypas, ale dwie notki w ciągu dwóch dni, to rzecz niespotykana., wynikajaca jednak z bardzo prostego względu - mam dużo rzeczy do powiedzenia, głównie głupich i nieważnych, świadczących o tym, że nie bez powodu kolor moich włosów jest jaki jest, jednak nikt ich słuchać dzisiaj nie chce. Ostatnio w ogóle nikt nie chce.
Rysuję czarne serca. Nałogowo i wszędzie. Zastanawiam się, czy to coś oznacza. W końcu żyjemy tak niejednoznacznej rzeczywistości, w której wszystko może znaczenie posiadać, a nawet się z nim obnosić. Moje czarne serca są po prostu czarne, jak pół mojej szafy ostatnio. Taki oto kolor ukochał mi się w tym sezonie, bo wyszczupla, jest ładny i Pani Waginna Papina Z Dzień Dobry TVN mówi, że pasuje do wszystkiego. Idąc dalej dochodzę do wniosku, że czarne serca to wynik ubogiego zaplecza długopisowego. Gdybym miała długopis w kolorze akwamaryna, z pewnością bym go użyła. I tu właśnie wyłania się znaczenie czarnych serc. Znaczenie żadne, nieciekawe i banalne, które absolutnie mnie satysfakcjonuje, gdyż sama, traktowana jednostkowo, personalnie, takowe posiadam.
A teraz Moja Droga Klawiaturo, opowiem Ci jak to było. I tylko Tobie, bo wiem, że nikomu tego nie pokarzesz. Prawdę będziemy znać tylko my - ja i Twoje klawisze. I już chyba tak zastanie, że w akcie desperacji, co pół roku, bedę ci się zwierzać, wierząc, że to jedyny sposób na uratowanie.
Wielkie życiowe zmiany, jakie następują, znoszę dzielnie. Ubieram czapkę i szalik, piję mleko i regularnie dopuszczam się depilacji nóg. Więc wszystko w normie. Tylko paznokcie i głowę mam ostatnio słabe.
Zmiany. Tak. Od dwóch miesięcy jestem zadeklarowanym singlem, wzorowym, podręcznikowym. Zaczęłam doceniać babskie wieczory, na których leje się wódka, a razem z nią wyznania szczere, wspomnienia o napotkanych penisach i porady dotyczące pielęgnacji. To bardzo budujące, więc po każdym spotkaniu sporządzam notatkę, wieszam ją na tablicy korkowej i stosuję się do ustalonych wspólnie zasad. Polecam kobietom, które zakończyły swoje czteroletnie związki i są uznawane za patologicznie złe, bo nie rozpaczają i nie płaczą w poduszkę za utraconym mężczyzną, co myślały, że jest ich, a nie był. Aby zorganizować takie spotkanie wystarczy zastosować się do podanego wzoru: 5x lejdis + 1x dżentelmen o imieniu Tadeusz (Pan Tadeusz rzecz jasna!). W tym miejscu powinno się zacytować moją życiową pieśń, która towarzyszy mi od dwóch dni niezmiennie: "Idę na tory napić sie piwa, jak się napiję, bedę szczęśliwa. Wiem, że alkohol nie bardzo zdrowy, że powoduje coś tam wątroby, że głowa się po nim bardzo kiwa, ale ja jestem wtedy szczęśliwa".ot!
W słownikowej definicji bycia singlem pojawia sie pojęcie przypadkowego seksu (przypadkowy seks - kiedy Pan X niechcący, zupełnie przypadkiem, czasem nieświadomie zaaplikuje się w Pani Y lub gdy Pani Y zwróci się do Pana X w te słowa - "Nie bój się, Kochany, pójdziemy do bramy, tam się zapoznamy").Przypadkowy seks, zwany również seksem przygodowym. To zjawisko też zostało przeze mnie zbadane, jednak wyniki badań nie są jednoznaczne. Wiem tyle, że to nie jest zło, to samo dobro. Chyba.
Oprócz radosnych doniesień z życia standard-singla, są również mniej przyjemne, wynikające z wewnętrznego środka, co go ma owy singiel, czyli ja, w sobie. Środek singla porasta zaduma i czasem mu się wymsknie jakieś cichutkie "spierdalać!" w stosunku do szeroko rozumianego otoczenia. I wtedy nagle okazuje się, że jest kurwesko smutno, bo singiel sam ze sobą się nudzi.
Kolega jeden to mówi, że nie mógłby być z dziewczyną, która się z czymś rymuje. Coś jak ania-bania, żaneta - planeta, albo wioleta-roleta. Tak, to bardzo poważny argument.
Może i ja nie mam nic do powiedzenia, może i wyrosła mi druga głowa w okolicy żuchwy, może i nie znam 10 patologii na P i może nie jestem superpoukładana. I jestem brzydka, mam od poniedziałku nieumyte włosy, co je spinam, żeby nie było widać i nie mam się w co ubrać i boli mnie żołądek od profenidu. Do tego dochodzi jeszcze brak koleżanek, zadziwiająca umiejętność trzymania moczu nawet przez 6 godzin i liczenie baranów-skaczących-przez-płot przed zaśnięciem.
Ale - do chuja - kochanie przyjedź tu i mnie uratuj i powiedz, że mnie kochasz za to wszystko, czego nie mam.
epilog:
Ja: Co żeś się tak ujebała tu?
P: Co?! Ej, co żem się tak ujebała tu?!
:)
Było morze, w morzu kołek, a tym kołkiem jestem ja.Na moim wierzchołku siedzi jakiś jebany zając i macha nogami. A jam wbita w ziemię, nieruchoma, przytwierdzona na stałe. I wydaje mi się, jestem pewna, wiem, że tak już musi być. Zdziecinniałam dziś i mam wrażenie, że jak zamknę oczy, to nikt mnie nie zobaczy. Albo, że jak będę niegrzeczna, to przyjdzie Zły Pan i mnie zabierze. Tylko problem polega na tym, że Złych Panów jest tysiące, oni przychodzą co dzień, co dzień mnie zabierają do niewiadomokąd i robią niewiadomoco. I boje się ich i wyobrażam sobie jak to jest być czerwonym kapturkiem w brzuchu u wilka, że jak tam jest, czy ciemno, czy smród i czy może z racji tego, że od tylu lat wilk ten połyka czerwone kapturki, to może wprowadził do swego wnętrza jakieś udoskonalenia - prasę kobiecą, tinę, przyjaciółkę, oświetlenie ścienne, kanapę z ikei...Przewartościuj mnie.
skomentuj (1)
Przeszliśmy kolejny pięciodniowy etap. Ile ich jeszcze będzie? Życie etapowe nad wyraz mnie męczy, bo czuje, że tracę to, co jest tylko moje. Na własne życzenie z prezentu lepszego od skarpet i dezodorantu stałam się kolejnym krawatem, wodą po goleniu, która spod choinki ląduje do szafy, do której Ktoś zajrzy dopiero przy okazji następnych świąt, gdy trzeba będzie tam włożyć kolejne nieudane, kłopotliwe nieco prezenty.I nie wiem czym teraz jestem. Prezentem, przekleństwem, niespełnioną miłością, zbędnym kawałkiem papieru, na którym zapisujesz swoje frustracje, a potem wyrzucasz?
Wiem już natomiast jak to jest, gdy coś zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Od mojego jednego ruchu palcem, jednego spojrzenia. I wiem już jak to jest - posiadając taką władzę, bać się jej użyć. To jakbym układając puzzle, wyrzuciła najważniejszy element (najpewniej ten z okiem głównej postaci!) do śmietnika, bojąc się tych oczu, które za chwile mogłyby na mnie popatrzeć.Strasznie się boję, że właśnie omijam swoje życiowe szczęście i robię to świadomie, z premedytacją. Właściwie CHYBA NAPEWNO to wiem. Wiem też, że dla kogoś jestem BobemBudowniczym, budującym w jego życiu ład, harmonię i wszelki dobrobyt (:P), ale dla kogos innego jest klątwą,("niedokończoną przyjemnością"), koszmarem, z którego nie może się obudzić. I w tym prostym rozrachunku dobrze byłoby, gdyby mnie nie było wogóle. Albo byłabym połowiczna, wszystkiego mając połowę, połowę miałabym też swojej głupoty.I połowę krzywdy wyrządziłabym Tobie.
Gdyby tak dało się wytłumaczyć naukowo. To co w głowie, to co tu, obok mnie. Ale nie da się. Ani naukowo, ani bezmózgowo. Ani w żaden sposób. A podobno ludzie mają dziś sposoby na wszystko. Na porost włosów i ich brak, na wieprzowinę w pomidorach, kurczaka po staropolsku, lwowsku, bydgosku, śląsku, małopolsku, żywiecku...wiedzą jak schudnąć 10 kg w 4 tygodnie, jak przytyć 50 kg w 4 tygodnie, uniknąć molestowania i depresji zimowej, znaleźć partnera, który nie puszcza bąków i ma zadbane dłonie.Jak zarobić milion dolarów, jak wydać zarobione pieniądze, jak osiągnąć orgazm, nirwanę,sukces, wysokie IQ. Ludzie wiedzą wszystko.Ludzki mózg, choć wykorzystywany tylko w 10 procentach potrafi wytłumaczyć wszystko.
Tylko nikt nie potrafi mi wytłumaczyć, dlaczego nie możemy dodrukować biednym dzieciom pieniędzy, żeby miały,bo nie mają, a by chciały i dlaczego mam takie dłonie w kratkę, w deseń zmarszczkowy, co wyglądają jak babcine. I dlaczego, jak się kogoś kocha nad życie, to nie umie się mu pomóc?
Wszyscy ludzie wiedzą wszystko. To jakaś zmowa milczenia, bo nikt mi nie chce nic powiedzieć i jestem jedyną, która nie wie nic, oprócz tego, że oni wiedzą wszystko, a ja nie wiem nic.
marzę o słowniku Kopalińskiego. On tam na pewno wszystko tłumaczy.